Ludzie,  Notatnik,  Polska

Tu byłam. O duszy budynków.

Szła przez opuszczone miasto, a liście szeleściły pod jej butami. Miała na sobie czarny długi płaszcz, oficerki, niedbale zarzucony na jedno ramię plecak i czerwony beret. W ręce trzymała gorący jeszcze kubek z kawą. Była tak zamyślona, że zdołała zirytować kilku kierowców po drodze. Zdawało jej się to nie wzruszać, była skupiona na celu swojego spaceru. Dawno nie pozwalała sobie na zanurzenie się w myślach. Skutecznie uciekała od nich w telefon i głupie filmiki. Bezwiednie przeglądane treści zostawiały pustkę w głowie. Czasem odrzucała od siebie telefon, myśląc o tym, że im więcej ich przyjmuje, tym mniej jest miejsca na to, co ważne. Tak naprawdę, obezwładniała ją myśl upływającego czasu. Wydawało jej się, że jest go tak mało, że i tak nie zdąży zrobić wszystkiego, co zaplanowała. Dlatego zmuszała się do wracania do swoich ulubionych powieści. Parę słów Cortazara czy Marqueza skutecznie ją uziemiało. Przypominała sobie wtedy, co naprawdę sprawia, że czuje się spełniona. 

Był szary jesienny dzień, ale nagle zza szaroniebieskiej chmury wyszło słońce. Ten nagły moment szczęścia, jak spadający na ziemię okruch odchodzącego lata sprawił, że się uśmiechnęła. Spojrzała w górę, ogrzewając twarz w delikatnych promieniach. Słońce za chwilę zaszło, ale poczuła przypływ energii. Jej wzrok padł na mroczną kamienicę z pięknymi zdobieniami. Owijający ją bluszcz powoli zmieniał kolory. Zaczynał się złoty czas w roku dla tego budynku, już niedługo nastolatki będą się przy nim zatrzymywać, żeby robić zdjęcia. Stare budynki wzruszały ją. 

Kiedyś zobaczyła zdjęcie krakowskiego Rynku z lotu ptaka, z czasów przedwojennych i bardzo przy nim płakała. Niezwykły dysonans powodowało w niej to, że budynki wcale się prawie nie zmieniły, ale wszyscy przechadzający się wokół nich ludzie już odeszli. Te kamienice i bramy to niemi świadkowie historii, momentów radości i smutku, którzy tylko zmieniają swoich mieszkańców i użytkowników. Nieświadomie rozróżniamy budynki na miejsca dla nas nieistotne oraz miejsca czułe, kojarzone przez nas z domem i bezpieczeństwem. Mieszkania członków rodziny i przyjaciół. Jak smutna jest myśl, że wiele z nich stanie się takimi domami dla zupełnie innych ludzi za sto, dwieście lat? Oczywiście przyjmując wersję optymistyczną, że świat, który znamy, będzie jeszcze istniał. Ludzie instynktownie przeczuwają, że, mimo że rzadko o tym myślimy, to jesteśmy tu na chwilę. Kiedyś tradycją było, że podczas remontu, na przykład kładzenia nowych podłóg czy dobudowywania nowych elementów mieszkania, wkładało się w stare części domu coś na pamiątkę. Na przykład list, zdjęcie lub kartkę. Jakieś małe fragmenty rzeczywistości, która bezwiednie przemija każdego dnia. Szła teraz przez ponure jesienne Opole i zadzierała głowę w górę. Kamienice centrum miasta nosiły w sobie nie tylko kilkaset lat historii, ale także opowieści ludzi z innego kraju. Historie obywateli Niemiec i Polski, splecione w całość na przestrzeni dziejów, wyglądały teraz z okien odnowionych budynków. Dziadek opowiadał jej, że kiedy Polacy przyjechali znów do Opola po wojnie, wchodzili po prostu do mieszkań, które były opustoszałe. A że całe miasto było opustoszałe, to trwał pościg z dworca, na zasadzie kto pierwszy ten lepszy. Po wybraniu domu trzeba było zająć się wyrzuceniem szczoteczek do zębów i innych przedmiotów osobistych, które zostały w (zagrabionych wcześniej przez Niemców) mieszkaniach. Abstrahując od historii i roli, którą grają w niej zwykli ludzie, jak bardzo niezwykła jest świadomość, że mieszkamy teraz w miejscu, do którego ktoś tęsknił i czule nazywał domem?

Pamiętała, jak kiedyś w podłodze mieszkania jej cioci znaleziono serię kartek i zdjęć dokumentujących niemieckie miasteczko, które już nie istnieje. Czy jego mieszkańcy wiedzieli, że ma zniknąć i starali się za wszelką cenę zostawić po nim jakiś znak? Czy stamtąd zostali przesiedleni i, mimo że zaczęli nazywać Opole domem, tęsknili do tamtych stron? Innym razem trafiła na post w mediach społecznościowych osoby, która znalazła w ścianie mieszkania w centrum Opola kartkę. Była to pocztówka adresowana do małej dziewczynki przez babcię. Opowieści opowiadane przez rodzinę przez lata o ludziach i ich historiach pozwoliły jej zidentyfikować, dorosłą już kobietę. Babci już dawno nie ma, ale wzruszyła ją ta kartka sprzed lat, niczym wiadomość z innego wymiaru. 

Dopijając chłodną już kawę, zastanawiała się nad tym, jaką wiadomość mogłaby zostawić po sobie? Może jakieś zdjęcie? Jakiś uchwycony szczęśliwy moment codzienności. Lipcowe słońce pod powiekami, statek widziany w oddali z plaży, uśmiech przyjaciela. Dotarła do wysokiego bloku na Placu Teatralnym. To był cel jej podróży, mieszkanie Dziadka, który machał już do niej z balkonu. Jak nikt inny umiał on grać w grę zwaną docenianie codzienności. Weszła do windy i wjechała na ósme piętro,  żeby znów posłuchać o tym, co naprawdę ważne i poczuć jeszcze raz atmosferę jednego z miejsc, które nazywała domem.

8 komentarzy

Skomentuj Maciek Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.