Tacy sami

We wszystkich miastach
We wszystkich domach
W kółko nadchodzi ta sama pora
Są śniadania wesołe i samotne obiady
Kłótnie są na chwile i słońca zachody
Wszystko po to by rano wspólnie zaczynać dzień nowy
Tak się kręci życie
W Palermo, Barcelonie i Opolu
Tak samo smucą się matki
W Nowym Jorku i Koniecpolu
Ta dziewczyna co tak strasznie
Po chłopaku swoim płacze
I pociesza ją kolega, koleżanka i przyjaciel
Jeszcze pójdzie, jeszcze zacznie
Znów na nowo z kimś, inaczej
A ta babcia co tak boi
się co rano samotności
Jeszcze wyjrzy, jeszcze dojrzy
Kto z sąsiadów ma dziś gości
Pary mocno zakochane
Pary trochę już ostygłe
Będą milczeć spacerować
Coś nas rusza
Dzieci nieszczęśliwe chować
Czy w Przemyślu czy w Miami
Wszędzie ludzie tacy sami
A więc po co podróżować
Zmieniać miejsca, ludzi, zwyczaj
Wszak to samo tu się dzieje
Choć co kraj to obyczaj
Coś nas kręci
Czemu indziej rwie się dusza
Czemu chcemy sprawdzić zawsze
Jak się żyje tam, podpatrzeć
Jedno jest tu rozwiązanie
Tej przedziwnej cechy naszej
Chcemy się upewniać ciągle
Że nie mogło być inaczej
Że te inne kraje, ludzie
Choć tak bardzo nas kuszący
Wcale dla nas nie są lepsi
ni mądrzejszy, wszechwiedzący
Miejsce życia nic nie zmienia
Wszędzie ścieżki swoje depcząc
Los swój sami kształtujemy
Niestotne Porto, Kyoto
Sens życia skrywa się w głowie
Chowa się w dłoniach, wyborach, nogach
Jak go pojąć?
Po to ta droga.

Tekst ten napisałam w listopadzie, siedząc przy kawie i rogaliku w kawiarni Teatru Massimo w Palermo. Był to mój pierwszy wyjazd po dłuższej przerwie i pamiętam, że uderzyło mnie w tym mieście to, że czułam się w nim jak w domu. Po rozmowie z kilkoma poznanymi mieszkańcami zrozumiałam, że być może wrażenie to było potęgowane faktem, że architektura miasta pod wieloma względami nawiązywała do stylu katalońskiego, a Barcelonę zwykłam nazywać swym drugim domem, czyż nie? Czułam mimo wszystko, że nie o to chodzi. W tym jesiennym Palermo, które ciepłym deszczem i pustymi uliczkami żegnało, kolejny sezon turystyczny zrozumiałam, że globalizacja-w moim własnym doświadczeniu-osiągnęła właśnie swój wymarzony cel. Wsiadłam w samolot, wylądowałam na wyspie, a mimo to czułam, że nic się nie zmieniło. Kupiłam ulubioną czekoladę i wypiłam włoską kawę, i super, ale przecież piję taką codziennie. Dojechałam z lotniska pod dworzec przy Via Roma autobusem, w którym kierowca słuchał tej samej piosenki, którą słyszałam na lotnisku w Krakowie. Stanęłam przed przejściem przez ruchliwą ulicę, rozejrzałam się i wtedy do mnie dotarło. Jestem we Włoszech.

Nie było wyznaczonych na ziemi pasów, a ludzie przemykali między koncertem klaksonów po niewidzialnym przejściu dla pieszych. W poszukiwaniu hostelu szłam pierwszy raz po nieznanej mi ulicy, która mimo wszystko otulała mnie niejasnym wspomnieniem innych miejsc, w których czułam się jak w domu. Uśmiechałam się do siebie. Dobrze było dowiedzieć się, że dom może być rozciągnięty na tak wiele miejsc. Minęłam Zarę, Lidla i kilka innych sieciówek (ale też palmy i rośliny w ogromnych doniczkach, które zawsze napawały mnie pewnym poczuciem niezwykłości). Znalazłam w końcu hostel przy bocznej uliczce od Via Roma. Okazało się, że jego właściciel jest jego głównym mieszkańcem. Łamanym angielskim (a moim nijakim włoskim) przedstawiliśmy się sobie. Gdy rezerwowałam hostel, dumnie reklamował się jako serwujący darmowe śniadania. Właściciel pokazał mi kuchnię, w której mieściła się szafka z wielką ilością rogalików i ciastek, nad którymi widniał surowy napis „Śniadanie dostępne między 10 a 12″. Pośpiesznie machnął ręką w tamtą stronę, sygnalizując, chyba że to tylko wtedy wolno się zbliżać w tamto miejsce. Kawa na kuchence zaczęła bulgotać, w drzwiach do kolejnego pomieszczenia, minęła nas pędem młoda dziewczyna. Odprowadzani przez zapach świeżej kawy poszliśmy na koniec długiego korytarza, do pomieszczenia, w którym panował chaos. Był tu remont, a jednak niektóre ściany zdobiły małe dzieła sztuki, namalowane przez stałych bywalców hostelu. W końcu w panującym tu półmroku doszliśmy do oświetlonego przez ciepłe jesienne słońce balkonu. Niejasna była dla mnie do tej pory intencja Salvo-bo tak miał na imię właściciel-tego szczegółowego oprowadzania po części mieszkania, której na razie i tak nikt nie zajmował. Teraz zrozumiałam. Pochylił się i zdjął ze sznurków delikatnie podskakującą na wietrze pościel. Wręczył mi ją, a potem klepiąc po ramieniu, powiedział – „Twój pokój drugi po lewej, na końcu korytarza. Codziennie o siódmej gotujemy razem kolacje. No, miłego pobytu w Palermo”.

Po krótkiej drzemce ruszyłam na spacer po mieście, które, mimo że dla mnie nowe wydawało mi się bardzo znajome. Chcąc uciec od głośnej Via Roma, weszłam w pierwszą uliczkę, która kusiła mnie rzędem roślin w ogromnych donicach. Podążając nią, doszłam do placu, na którym znajdowały się małe warsztaty artystów sprzedających różnego rodzaju rękodzieło. Pomiędzy nimi ustawione były stoliki skonstruowane z kolorowych palet. Właściwie nie było tam żadnej kawiarni, to było chyba miejsce do rozmowy. Nie było już tutaj żadnych turystów, a właściciel każdego warsztatu, do którego zaglądałam, witał mnie uprzejmym, ale zaskoczonym uśmiechem. Przy jednym z kolorowych stolików siedziała zapłakana dziewczyna, dwie przyjaciółki pocieszały ją głośno i skutecznie sądząc po salwach śmiechu, które mnie odprowadzały.
Zagłębiałam się w to coraz bardziej skąpane w mroku listopadowego zachodu słońca miasto, starając się jak najbardziej chłonąć atmosferę, którą było przesycone. Powietrze pachniało późnym, odchodzącym już w zapomnienie latem co w połączeniu z mrozem panującym w Polsce, napełniało mnie od stóp do głów nostalgią. Nie miałam ze sobą mapy, a mój telefon nie domagał, a za jedyne towarzystwo od dobrych kilkunastu minut służyło mi kapiące na głowę co po chwile pranie. W końcu z ciemnej uliczki wyłoniła się kobieta w średnim wieku objuczona zakupami i widocznie zmęczona.
Jeden z nielicznych znanych mi punktów odniesienia w mieście to był Teatro Massimo, który posłużył za scenerię słynnej sceny w Ojcu Chrzestnym. Zapytałam nieśmiało pani jak do niego dojść. Okazało się, że mój spacer po bardzo podobnych do siebie uliczkach doprowadził mnie do absolutnego oddalenia się od centrum miasta. Po rozmowie z nieznajomą dowiedział się jak się do niego dostać, a także, dlaczego wydawał się taka wykończona. Pomyślałam sobie, że każdy kraj składa się z setek tysięcy, milionów takich zmęczonych kobiet i mężczyzn, którzy radzą sobie ze swoją codziennością w taki czy inny sposób, po to, by stworzyć kolejne ich pokolenia, które też w pewnym momencie zaczną pracować na kolejne.
Niezależnie od okoliczności, w których się urodzili, codzienne sprawy ludzi są zasadniczo takie same. Mierzą się z problemami, troszczą o bliskich i mają swoje małe radości. Zostawiłam sobie zobaczenie Teatru Massimo na kolejny dzień i oddalając się już teraz całkowicie ciemnymi uliczkami w stronę hostelu (musiałam zdążyć na kolację) zastanawiałam się nad tym, co sprawia, że tak często o tym zapominamy. W tym też jesteśmy podobni.




10 komentarzy
Martyna
Red hat jak ja za Tobą tęskniłam!! Czekalam na nowy tekst bardzo…. A dzisiaj w ten sobotni poranek sprawiałaś mi taka niespodziankę?… Z przyjemnością wypiłam poranna kawę na tarasie w Twoim towarzyskie, czytając Twoje przeżycia i przemyślenia. Teraz zastanawiam się ile mam rozpoczęło ten poranek tak jak ja patrząc jak dzieci taplają się w basenie i marzy o wielkich podróżach. Takich jakich Ty masz już setki za sobą i tysiące przed. PISZ proszę tak często jak możesz my fani czekamy tu na Ciebie ❤️❤️
Mac
Często myśle o podróży w nie znane, dalekie, obce – wtedy sprawa się komplikuje bo jest tysiąc wymówek lub innych przeszkód. Historie, które opowiadasz sprawiają, że już jestem w podróży i zwiedzam razem z Tobą. Genialnie oddajesz znaczenie prawdziwej podróży i otwarcia się na nowe.
Marta
To ważny dla mnie komentarz, dziękuje! Zapraszam na te wspólne literackie podróże, a kiedyś ja dołączę do Twoich!
Marta
A Ty mi sprawilaś niespodziankę tym komentarzem! Dziękuje za dawkę motywacji i do przeczytania jutro! Obiecuję tym razem nie opuścić Was na długo! ?
Tyna
Wspaniały tekst, aż przeniosłam się na moment do tego ciepłego, jesiennego Palermo ? Z niecierpliwością czekam na relację Czerwonej Czapki z wizyty w Teatrze Massimo!
Marta
Dziękuje za lekturę i te słowa! Tekst o Teatrze Massimo następny w kolejce! Zanotowałyśmy z czapką garść ciekawostek i chcemy się nimi podzieli. A tekst o niezwykłym mieszkańcu Palermo już jutro! ?
Marysia
Tęskniłam! I teraz jeszcze bardziej żałuję, że przepadły moje wakacje na Sycylii, a tym samym w Palermo.
Czekam na więcej!
Marta
My też tęskniłśmy! Twoja podróż na pewno w końcu się odbędzie i napisze swoje historie. A do tego czasu zapraszamy na podróż z nami. Nastepny przystanek już jutro! ?
Olka
Mi też cudownie się to czyta. Czuję się jakbym tam z Tobą była 🙂 No i nabiera się ochoty na wyjazdy…
P.S. Nie wiedziałam, że poezję też uprawiasz ?
Marta
Cieszę się! Mam jeszcze kilka niespodzianek w zanadrzu. Do przeczytania! Dziękuje za miłe słowa ?