Pastelowy zawrót głowy czyli pierwsza część przygód czerwonej czapki w Portugalii
Czerwona czapka w poprzednich postach tego bloga opowiedziała o swoich przygodach w Marakeszu i na Saharze. I to nie koniec jej przygód w Maroku. Pojawią się ich kolejne części. Musiała jednak na miesiąc przerwać swoją opowieść i wspominanie rozpalonej słońcem Afryki, gdyż ruszyła odkrywać nowe lądy. Właścicielka czapki od dawna marzyła żeby odwiedzić bajkowe wybrzeże Portugalii.
Czerwona czapka (z niemałą pomocą Ł. ) zarządzili – dosyć tego czekania! Czas pojechać już! Cóż było robić? Właścicielka czapki odkurzyła dawno kupione przewodniki i mapy i zabrała się do planowania.
Udział czerwonej czapki w tej podróży był niepewny – zapowiadane były upały. Poza tym, wełniana czapka zajmuje jednak trochę miejsca w plecaku. Udało jej się jednak – przedostała się na pokład samolotu ukryta pod słomkowym kapeluszem właścicielki.
Kiedy wszyscy w trójkę przylecieli do Faro, najpierw udali się na spacer w poszukiwaniu śniadania. Nie była to ich docelowa miejscowość, ale chcieli trochę rozejrzeć się po okolicy.
W trakcie tej drogi, rzuciła im się w oczy maleńka cukiernia na spalonym słońcem placu – na jej witrynie mienił się złoty napis „Pasteis de nata”. Mimo, że Ł. nie znał tego słowa, właścicielka czapki zauważyła jak mimowolnie tam podąża;
To była miłość od pierwszego kęsa – Ł. rozpływał się nad każdym kawałkiem najsłynniejszej portugalskiej babeczki a ten zachwyt miał powtarzać się potem przez każdy dzień ich podróży.

Mimo, że Faro urzekło ich swoimi białymi uliczkami pełnymi kwiatów i wszechobecną morską bryzą – poczuli, że chcą już udać się do Lagos – gdzie mieli pozostać przez kilka dni. Okazało się to dość trudnym zadaniem. Kluczyli między spalonymi słońcem uliczkami centrum miasta, ale za nic nie mogli odnaleźć dworca autobusowego.




M. poczuła, że zaraz będzie musiała jednak schować czapkę na dno plecaka, bo temperatura powietrza wzrastała z każda godziną. Zatrzymali się pod budynkiem z wielkim napisem SUPERMERCADO. „Idę kupić coś do picia” – powiedziała właścicielka czapki i zaczęła iść w kierunku sklepu, gdy nagle wyjechał z niego autobus. Uważaj! – krzyknął Ł., łapiąc w locie Martę i czapkę.
I tak znaleźli dworzec i pojechali do Lagos.
Ich nocleg zlokalizowany był spory kawałek od centrum ale za to zaraz obok słynnej plaży Dona Ana – uznanej za jedną z najczęściej fotografowanych i (najpiękniejszych) plaż na świecie.
Popołudniowe słońce tworzyło na klifach i skałach okalających plażę wielokolorowe cienie, a woda zmieniała swoją barwę oscylując między turkusem a granatem.
Zasłuchani w szum fal ustalili plan na kolejne dni. Byli zgodni – jeden z nich trzeba było koniecznie poświęcić na wyprawę w poszukiwaniu delfinów. Właścicielka czapki usłyszała rozmowę w autobusie, która dotyczyła wyjątkowej aktywności (i ilości!) delfinów w tym roku wokół portugalskiego Algarve.
Ustalili więc plan i ruszyli powoli w stronę kolejnych plaż ukrytych między klifami…




