Czerwona czapka opowiada,  Maroko

Oaza, daktyle i różnice w percepcji czyli długa droga czerwonej czapki na pustynie

M., czapka i jej właścicielka, korzystając z dobrodziejstw couchsurfingu, spędziły noc na plantacji palm daktylowych w marokańskiej oazie. Obudził je intensywny zapach miętowej herbaty i muzyka. Bębny? – zapytała na wpół-śpiąco M. Po kilkunastogodzinnej podróży przez góry Atlas i sporej dawce adrenaliny zaserwowanej im przez kierowcę autobusu, były nieprzytomne. Wyszły ze swej sypialni w tym niezwykłym „pałacu z piasku”, jak nazywał dom ich gospodarz. Zastały go na środku korytarza, gdzie skrywając się przed upalnym słońcem, śniadaniował już w najlepsze ze swoimi wujkiem i kolegami z Brazylii. Grali przy tym  na instrumentach zrobionych ze wszystkiego co było aktualnie pod ręką – kubłach, miskach i garnkach – co, o dziwo,  składało się na w miarę spójne i znośne dźwięki.

Marta z przyzwyczajenia założyła czerwoną czapkę na głowę i wyszła zaciekawiona na zewnątrz, ale zaraz tego pożałowała. Jeśli wydawało jej się, że w Marakeszu było ciepło jak na luty, to temperatura w obrębie oazy oscylowała na prawdopodobną temperaturę w piekle i jeden stopień więcej.  Czerwona czapka, nieco obrażona, wylądowała w plecaku a jej właścicielka i M. poszły obmyślać plan dalszej podróży. Przy kolejnej szklaneczce herbaty, dźwiękach nietuzinkowej orkiestry i garściach świeżo zerwanych daktyli – gospodarz pomógł im ustalić dalszy plan. Stwierdził, że jeśli chcą zobaczyć Saharę w jej najlepszym wydaniu – najlepiej będzie poprosić o pomoc jego rodzinę – Berberów, którzy mają w posiadaniu swoje własne wielbłądy. M. i właścicielka czapki aż podskoczyły z radości – czy może być lepsza droga na odkrycie prawdziwego Maroka niż wycieczka wgłąb pustyni z potomkami jego rdzennej ludności?

 

O. stwierdził, że najlepiej będzie jeśli przejdą pieszo z oazy do Zagory a stamtąd już zamówią taksówkę. Czterech podróżników i czapka (podsłuchując z plecaka) aż zaniemówili. W końcu P. zapytał nieśmiało: Taksówkę..na pustynie? Gospodarz i jego wujek zaśmiali się i powiedzieli, że pojadą tak daleko jak się będzie dało. Ufając znajomości topografii Sahary gospodarza, zaczęli oszacowywać zapasy wody i jedzenia, które będą im potrzebne. O. powiedział, żeby się nie martwili, bo od Zagory dzieli ich zaledwie pół godziny spacerku a tam już zaopatrzą się we wszystko.

Uspokojone dziewczyny ubrały się w swoje, specjalnie zakupione w Marakeszu, saharyjskie spodnie i chusty (przydała się pomoc wujka O. bo same niezbyt wiedziały jak się tą ilością materiału owinąć) i wychwalając w duchu zalety couchsurfingu, ruszyły w drogę za swoim gospodarzem.

 

 

 

 

 

 

Po drodze zachwycały się pięknem przyrody – krystalicznością mijanej rzeki oraz intensywnością zieleni traw i palm. W miarę kolejnych  kilometrów drogi i wraz z wyschnięciem ostatniej kropelki wody, zaczęły zauważać że czas „spacerku” zdecydowanie się wydłużył.

Początkowo podekscytowane wyprawą i podążające za gospodarzem w podskokach, powoli zaczynały odczuwać upalne słońce i zmęczenie. Niezręcznie im było co chwilę pytać ile jeszcze zostało drogi, bo zarówno gospodarz jak i jego – dużo starszy – wujek, podśpiewywali wesoło maszerując żwawo bo wyschniętej ziemi.

M. zaczęła nagle coś pokazywać właścicielce czapki – Zobacz! Tam są jacyś ludzie, możemy ich zapytać czy daleko jeszcze do Zagory. No i czy nie mają przypadkiem trochę wody…

Gdy się zbliżyły, okazało się, że osoby, które miały udzielić im tych kluczowych informacji na pewno jej z siebie nie wydobędą. Dlaczego? Bo to nie byli ludzie a garstka rozrzuconych kamieni o dziwnych kształtach i sporych rozmiarach.

Zrozpaczona M. rozejrzała się rozpaczliwe dookoła żeby znaleźć potwierdzenie tej dziwnej sytuacji w oczach właścicielki czapki. Po chwili do nich dotarło: Czy to była fatamorgana? I to jeszcze zanim nawet zdążyły dotrzeć na pustynię?

Te niezwykłe pytania pozostały bez odpowiedzi, bo ich oczom w końcu ukazało się wyczekiwane miasteczko -Zagora.

 

 

 

 

Teraz pozostało im tylko wypić tyle wody ile tylko zdołają kupić (która nigdy nie miała tak wspaniałego smaku) i poczekać w cieniu na obiecaną taksówkę w stronę niekończącego się piasku…

 

 

 

2 komentarze

Skomentuj Marta Gocka Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.