Rób to co kochasz a cały świat stanie za Tobą murem. O niezwykłej bibliotece Pietro Tramonte.

W powietrzu pachniało późnym latem, ale sznur samochodów i skuterów, a także mijający mnie w pośpiechu ludzie, przypominali o tym, że to nie jest czas wakacji. Mieszkańcy Palermo ubrani byli w długie spodnie i swetry a ja szłam pomiędzy nimi w krótkich spodenkach i uśmiechałam się na widok ich zdziwionych spojrzeń. Wiedziałam, że dla nich to prawie zima, ale kto mieszkający w Polsce powstrzymałby się od ubrania letnich ciuchów w listopadzie choćby na kilka dni?
Ten czas na Sycylii wprawił mnie w dobry nastrój. Nie tylko dlatego, że sezon turystyczny już dawno się zakończył i wszędzie traktowano mnie jak rzadko występujący, ale bardzo mile widziany, okaz (w pierwszy deszczowy dzień na wyspie zasiadłam sama w kawiarnianym ogródku i obsługiwało mnie naraz trzech kelnerów), ale przede wszystkim dobrze było poczuć, że jest kolejne miejsce kilka godzin samolotem od domu, do którego będę tęsknić. Pierwszy raz od dawna pojechałam w podróż sama i Palermo odwdzięczało mi się za tę odwagę wielością ciekawych miejsc i ludzi.
Podczas poznawania nowego miasta stosuje tylko jedną żelazną zasadę-brak sztywnego planu i mapy. Najpierw mniej więcej orientuje się jak wrócić do miejsca noclegu, a potem idę przed siebie. Czasem zapuszczam się w boczną uliczkę, w której coś mnie do siebie przyciągnie. W Palermo ta metoda się sprawdzała. Szłam teraz wzdłuż głównej ulicy Via Roma, szukając punktu zaczepienia. W końcu moją uwagę przyciągnęła strzałka z pytaniem – „Old books”? (Stare książki?). Nie było mowy, żeby tego nie sprawdzić. Uciekając w końcu od zgiełku Via Roma, zapuściłam się w małą uliczkę, a potem kolejną i kolejną. Strzałki cały czas prowadziły przed siebie, kusząc niesprecyzowaną obietnicą. W końcu znalazłam się u celu, który opatrzony był już taką ilością znaków, że trudno byłoby go przeoczyć.


Za rogiem (z napisem Biblioteca Privata Pietro Tramonte) czekały na mnie setki jak nie tysiące książek, które piętrzyły się pod balkonami po obu stronach wąskiej uliczki. Na przylegającym do niej placu wiły się korytarze utworzone z półek na kolejne książki. Przy jednej z nich siedział elegancki starszy pan w kaszkiecie zatopiony w lekturze. Gdy tylko mnie zobaczył, odłożył książkę i podążał za mną wzrokiem. Akurat robiłam zdjęcia i przez chwilę przestraszyłam się, że być może sobie tego nie życzy, ale po chwili zauważyłam, że biła od niego taka radość i duma, że na pewno nie o to chodziło. Wyraźnie czekał na to, aż o coś zapytam.
„Jest pan właścicielem tego miejsca?” – zaczęłam nieśmiało, a on tylko na to czekał. Poderwał się ze swojego krzesełka i zaczął mnie oprowadzać po tych książkowych korytarzach. Między słowami na temat książek zaczął snuć opowieść…o tym, jak to się wszystko zaczęło!

Pan Pietro Tramonte przez całe życie był księgowym. To literatura była jednak jego pasją – posiadał duże zbiory książek, które pielęgnował po pracy w zaciszu swojego domu. Pisał wiersze – wiele z nich po hiszpańsku – w ojczystym języku jego żony pochodzącej z Ekwadoru. Kilkanaście lat temu, kiedy nieuchronnie zbliżała się jego emerytura, zaczęło dręczyć go pytanie – czy to już czas, żeby zrealizować swoją pasję? Siedział w domu wśród coraz większej ilości książek i nagle podjął decyzję. Trzeba się tym podzielić! Nagle przerwał opowieść, odwrócił się i podbiegł do stanowiska, przy którym wcześniej czytał. Zaczął wyciągać spod sterty papierów foldery ze zdjęciami i różnymi dokumentami. Były tam wycinki z gazet na temat tego miejsca. Okazało się, że biblioteka ta została uznana za jedną z najbardziej niezwykłych na świecie! Właściciel biblioteki z dumą pokazywał mi wzmianki na jej temat. Teksty o niej ukazały się w kilkudziesięciu językach. Pan Pietro spojrzał na mnie w pewnym momencie niepewnie i powiedział – po polsku jeszcze nie napisali! Ja, a nawet czapka poczułyśmy, że trzeba będzie to zmienić.


Pan Pietro potem opowiedział nam o tym, jak długo zastanawiał się nad tym w jaki sposób i gdzie mógłby się podzielić z innymi swoją miłością do książek. W rozmowach z sąsiadami doszli do wniosku, że właściwie ich dzielnica nadaje się do tego idealnie. W Palermo bardzo rzadko pada deszcz, więc powinno się udać zorganizować warunki odpowiednie do przechowywania książek. I tak powoli zaczął wprowadzać swój plan życie. Wieść o bibliotece/ księgarni na ulicy zaczęła szybko się rozchodzić. Okazało się, że mieszkańcy Palermo mają ogromne ilości książek w domach, z którymi nie wiedzą co zrobić. I tak zaczęło się wielkie znoszenie literatury! Cała społeczność zaangażowała się w to, żeby uzupełniać zbiory, które stały się wizytówką dzielnicy a potem miasta.
„Tyle lat się zbierałem do realizacji mojego marzenia a oni wszyscy jakby tylko na to czekali.” – posumował. Czy żałuje, że zrobił to dopiero na emeryturze? Zdecydowanie nie, bo „teraz ma czas na to, by naprawdę się tym cieszyć”.

Te słowa i całe spotkanie w bibliotece natchnęły mnie takim optymizmem i dozą dobrej energii, że w ogóle nie chciało mi się stamtąd odchodzić. Przechadzałam się między zapchanymi książkami półkami i starałam się chłonąć wiszące w powietrzu spełnienie. Pan Pietro powiedział, że dopiero realizacja tego planu sprawiła, że czuje, że jest szczęśliwy. Siedzi kilka godzin dziennie otoczony książkami, a ludzie sami do niego przychodzą, aby o nich rozmawiać. Część książek jest na sprzedaż, część można wypożyczyć czy wymienić. „Forma współpracy do negocjacji” – z zawadiackim uśmiechem podsumowuje pomysłodawca ulicznej biblioteki.




Zanim się pożegnaliśmy, wysłuchałam kilku wierszy i opowieści o życiu bibliotekarza, które obiecałam zostawić dla siebie. Na koniec poprosił, bym powiedziała na głos jakąś liczbę. Podszedł do półki z poezją włoską i kierując się tym numerem wybrał dla mnie książkę. Antologia współczesnej poezji włoskiej. „Myślę, że kiedyś się przyda”- powiedział wręczając mi księgę.
Wzruszona odchodziłam ze spotkania z panem Pietro, który już teraz rozmawiał z kimś innym i opowiadał od nowa swoją historię.


Wróciłam z powrotem na rozgorączkowaną Via Roma i kierując się w zupełnie innym, ale nieznanym mi kierunku, zastanawiałam się kiedy dla mnie przyjdzie czas spełnienia. Być może to spotkanie i radość bijąca z oczu Pietro Tramonte, była znakiem by przestać czekać? Kto wie. „Wszystkie dzieje się w swoim czasie” – powiedział mi też pan Pietro i uspokojona tą myślą zaczęłam rozglądać się za kolejną ulica, która mnie do siebie przywoła i opowie swoją historię.



2 komentarze
Martyna
Czy Pietro Tramonte już wie, że wieść o nim dotarła również do Polski? Że taka Martyna uśmiecha się teraz do niego i cieszę się, że są tacy ludzie. Poztywnie zakręceni ?
Koniecznie wyślij mu link do bloga i napisz, że tekst po polsku o nim również już powstał ??
Marta
Jeszcze nie wie! Pracuje właśnie nad anglojęzyczna wersja tekstu i wtedy mu wyślę. Dobra myśl! Buziaki!