Czerwona czapka opowiada,  Maroko

Lekcje z Marakeszu. Czerwona czapka jedzie do Maroka!

Czerwona czapka i jej właścicielka mieszkały kiedyś w Barcelonie.

Przez rok.

Spotkało ich tam wiele przygód! (O nich też kiedyś opowiedzą.)

Po czasie zadomowiły się jednak w stolicy Katalonii, zaczęły bezbłędnie odnajdywać drogę do domu w gąszczu gotyckich uliczek a życie powoli zaczęło wydawać im się zbyt spokojne. Postanowiły więc, że czas zmienić na chwilę otoczenie. To był idealny moment na kolejną podróż!

Padło na Maroko. (Z lotnisk w Barcelonie i Gironie można dostać się tam tanimi liniami lotniczymi a na bilety nie trzeba wcale polować dużo wcześniej.)

Z przyjaciółką, plecakiem i przewodnikiem National Geographic pod pachą, ruszyły w podróż do Marakeszu. Czerwona czapka nieomal została pominięta – mimo lutego temperatura w Maroku oscylowała wokół 30 stopni – ale z niewiadomych przyczyn udało jej się dostać na pokład.

Do Markaeszu przyjechały w nocy. Przywitał je ciepły, letni deszcz a one powitały nowe miejsce dużą dozą dobrego humoru i zaufania.

Już na samym lotnisku zostało ono jednak lekko zmącone. Zatrzymała je przy wyjściu grupa starszych pań, która z ponurymi minami ostrzegła, żeby po zmroku nie oddalały się nigdy od centralnego placu miasta Dżami al-Fana. Wcześniej zarezerwowany przez nie hostel (którego cena ze śniadaniem opiewała na całe 6 euro na dobę) zlokalizowany był dokładnie na nim, więc po wymianie zdań, troskliwe nieznajome mogły udać się spokojne na swój samolot powrotny do Hiszpanii.

Po przyjeździe na wspomniane miejsce, M. & Marta i czerwona czapka, zamarły na chwilę z wrażenia. Nie spodziewały się, że wspomniany plac jest tak ogromny. Zwłaszcza właścicielka czerwonej czapki – zakładała miejsce może ciut większe od Rynku Głównego w Krakowie ale to? Dziesiątki uliczek odchodziły od placu tworząc swoisty labirynt, który nijak nie przystawał do mapy z przewodnika.

Marta, swoim zwyczajem, wpadła na pomysł by zapytać kogoś życzliwego o drogę. Miały szczęście! Młodziutki kelner z eleganckiej restauracji był tak miły, że zdecydował się nawet je podprowadzić! Okazało się to przydatne gdyż droga do hostelu prowadziła przez ulice o bardzo niskich sklepieniach, nieoznakowane a niektóre całkiem ciemne. Ogromna sympatia jaką w nich wzbudził ten prywatny przewodnik, została nieco zmącona przez wspominanie przez niego o cenie za doprowadzenie ich na miejsce. No tak, pomyślały, nic na tym świecie nie może być za darmo! Jeszcze większe zdziwienie wzbudził w nich fakt, że wspomnianą opłatę uiścił po dotarciu do hostelu jego właściciel!

Zaskoczone obrotem spraw, rozejrzały się po nowym miejscu. Pełen kolorów i roślin, Marakesh Rouge, pachniał miętową herbatą i szafranem. Ich pokoje okazały się być ulokowane na tarasie, z którego rozpościerał się widok na miasto, które z każdą minutą od przylotu, fascynowało je coraz bardziej!

Następnego dnia, w trakcie rozmów z podróżnikami poznanymi na śniadaniu, okazało się, że tego rodzaju płatni, lokalni przewodnicy to w Marakeszu standard. „Najbardziej zaskakujące jest gdy opłaty za pomoc żądają chętnie pomagające zagubionym turystom dzieci” – opowiadała im przy śniadaniu miłośniczka Maroko z Włoch – „gdy orientują się, że im nie zapłacimy, specjalnie prowadzą nas w ślepe uliczki z których nie wyjdziemy bez ich pomocy, bo znają to miasto na wylot”.

Uzbrojone w tą wiedzę, wyszły odkrywać Marakesz, starając się zapamiętać każdą mijaną ulicę…

2 komentarze

  • Martyn_offc

    Na moment sama przeniosłam się w to magiczne miejce! Z niecierpliwością czekam na kolejne historie czerwonej czapki i jej właścicielki ?

    • Marta Gocka

      Dziękuję to najlepsza recenzja! Mam nadzieję, że kolejny post przeniesie Cię w góry Atlas wraz z czapką i jej właścicielką. A potem jeszcze dalej wgłąb Maroka.:)

Skomentuj Marta Gocka Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.