Czerwona czapka opowiada,  Ludzie,  Notatnik,  Polska

Dom wspomnień

Wczoraj, dziś i jutro. Refleksje z Pałacu w Gołkowicach.

Wspomnienia są jak stare listy, kartki i zdjęcia. Z czasem zamazują się trochę, a potem tusz całkiem znika i ciężko nam cokolwiek zobaczyć. Czasem wracamy potem do nich, a później już tylko przy świątecznych porządkach przekładamy z miejsca na miejsce. Ponoć zmysłem najsilniej przenoszącym wspomnienia jest węch. I czasem takie zupełnie stare, zakurzone wspomnienie pisane niewidocznym już tuszem, wraca do nas nagle. Uderza nas w zupełnie nieoczekiwanym momencie. I tak na przykład wchodzę gdzieś i nie z tego ni z owego, czuje ten jedyny w swoim rodzaju zapach smażonych na maśle pierogów. Babcia uśmiecha się z kuchni, jedną ręką przygotowując dla mnie obiad. Cieszy się, że wpadłam po szkole. Zdejmuję kurtkę, a w lustrze widzę, że mam policzki czerwone od mrozu.

To zapachy takich niepozornie szczęśliwych momentów w życiu. Może te gorsze nie zapisują się w pamięci tym zmysłem (chociaż Marquez pisał, chyba że pechowa miłość pachnie jak migdały). I tak zawsze, gdy wiosną pada deszcz, znów wracam nocą przez zmęczone od upału, wąskie uliczki Barcelony. A zapach późnego lata przenosi mnie do wielogodzinnych zabaw z przyjaciółmi na dobrzeńskich łąkach. I pomyśleć, że każdy człowiek idzie przez życie i zbiera te zapachowe wspomnienia, które z czasem pozornie zanikają. Staje się tak pewnie tylko po to, żeby zrobić miejsce na nowe. Nasza pamięć jest jak studnia, która mieści w sobie te małe i duże wspomnienia, które potem, kiedyś, nagle, nam o sobie przypominają.

Zapachy i związane z nimi wydarzenia z naszego życia, połączone są często z konkretnym miejscem. Czy jeśli wiele osób przeżywa coś pięknego, w jednym miejscu te wspomnienia się tam zbierają? Musi coś w tym być, bo naprawdę stare miejsca zdają się rezonować tak niezwykłą energią, że wytłumaczeniem może być tylko skumulowana masa niezwykłych zdarzeń.

Jadąc z moją kuzynką Martyną i dziećmi do jej przyjaciół do Gołkowic, nie miałam żadnych sprecyzowanych oczekiwań co do tego miejsca. Cieszyłam się po prostu na czas spędzony razem. Być może dlatego, jeszcze bardziej się nim zachwyciłam.

Powiedzieć, że Pałac w Gołkowicach to miejsce magiczne to nie powiedzieć nic. Stawiając pierwsze kroki na dziedzińcu, przekraczając bramę dworu, mamy wrażenie, że wchodzimy do barokowej, baśniowej księgi. Atmosfera nostalgii wypełnia nas od pierwszych chwil po czubek głowy i sprawia, że o tej wizycie nie da się przestać myśleć. Pałac powstał około trzysta lat temu, niektóre jego elementy, jak drewniane drzwi wejściowe czy schody, zachowane są po dziś dzień.

Gdy przyjechałyśmy, kilkuletnia Hania poprowadziła nas przez trzy piętra zamku do skrzydła, w którym miałyśmy spać. Szłyśmy przez klatkę schodową, ukrytą za kotarą. Pierwsze co zauważyłam na ścianie, to obraz z wizerunkiem białej damy. Skrzypiące drewniane schody wiły się wśród innych dzieł i żyrandoli, które cierpliwie czekały na powrót czasów swojej świetności. Dziewczynka wesoło skakała w ciemności przed nami przez kolejne schody, gdy ja w narastającym niepokoju, przerzucałam torebkę w poszukiwaniu latarki.

Obok wejścia na korytarz z naszymi pokojami, były drugie drzwi. Przed nimi, w rogu, stała drewniana toaletka, na której leżał stary klucz. Nigdzie nie pasował, po prostu sobie był, aż prosiło się, żeby odnaleźć pasujące drzwi lub mebel. Ale to na pewno nie był czas na eksploracje. Mimo wcześniejszych odważnych zapewnień, nie byłam jeszcze gotowa na nocne zwiedzanie pałacu. Rozlokowałyśmy się w pokojach i zeszłyśmy na dół, tam, gdzie było centrum wydarzeń. Ciepło buchało od kuchni ze starym piecem i dużym stołem. To było serce tego pałacu, gdzie wszyscy lepili pierogi, dzieci biegały dookoła, a psy grzały się przy podgrzewanym ogniem piecu. I tak pierwsza noc upłynęła pod znakiem rozmów, gier i domowych nalewek.

Poranek przyniósł całkiem inny zestaw zachwytów. Kiedy się obudziłam, słońce już na dobre zadomowiło się we wszystkich pomieszczeniach. Wdzierało się do pałacu przez ogromne okna, z których roztaczał się niezwykły widok. Park, las i dywan z liści, które wszystkie razem zdecydowały opaść na ziemię. Może po to, by zrobić jesienny wybieg dla koni, które zajęte były skubaniem trawy na pałacowych ogrodach. Wśród nich, w kapeluszu, krzątał się właściciel posiadłości, pan Jasiński. Niezwykły człowiek, przepełniony miłością do tego miejsca, a przede wszystkim do koni.


Między instruowaniem nas i dzieci jak mamy się do koni zwracać i zachowywać, udaje nam się złapać kawałki niezwykłej historii. Wszystko dla tych koni – wzdycha z uśmiechem pan Jasiński. Opowiada, że kiedyś na chwilę porzucił pasję i spróbował zupełnie innego życia we Wrocławiu. Jednak długo nie był tam szczęśliwy. Ach, te konie!


Pan Jasiński kupił posiadłość w latach osiemdziesiątych. Od wczesnych lat dziecięcych marzył o takim miejscu. Do pałacu przynależą stawy, park, las i stajnie. Wybudowany został w osiemnastym wieku. Potem należał kolejno do różnych rodzin szlacheckich, aż w końcu, w 1902 roku kupiła go rodzina von Lieres. Właściciele częściowo wyremontowali pałac i zdaje się, że też prawdziwie kochali to miejsce. Na terenie parku znajduje się z resztą grobowiec rodzinny, gdzie pochowany jest nawet ukochany koń głowy rodziny von Lieres.

Pałac na przestrzeni dziejów pełnił różne funkcje, przez chwilę znajdowała się w nim nawet szkoła. Od lat osiemdziesiątych zarządza nim pan Jasiński, który prowadzi w tym miejscu także agroturystykę. Organizowane są tam też uroczystości i imprezy okolicznościowe. Relacja, jaką właściciel ma z końmi, jest imponująca nawet dla laika. Wydaje się, że niejeden pies nie mógłby być tak posłuszny i zakochany w swoim właścicielu, jak te konie wpatrzone są w pana Jasińskiego. „Konie sprawiają, że znikają wszystkie problemy” – opowiada. Przekonuje, że to lekarstwo na wszystko! Pan Jasiński wierzy w moc hipoterapii. Jest grono osób, dorosłych i dzieci, które regularnie odwiedzają w tym celu obiekt w Gołkowicach.

Rzadko kiedy spotyka się człowieka tak pochłoniętego tym co kocha. Taka osoba zdaje się emanować światłem, w którym każdy, choć na chwilę chciałby się ogrzać. Pałac w Gołkowicach odwiedza wiele osób. Niektórzy przejazdem, przypadkiem, z ciekawości. Każdy potem zostaje na dłużej. Była rzeźbiarka i inni artyści, a także różnego rodzaju dziennikarze i pisarze.

Pewnego razu pojawił się tam redaktor magazynu „Wróżka” i spytał, czy może napisać tekst. Tak się złożyło, że w tym czasie urodził się akurat źrebak. Na końcu artykułu, umieszczono informację, że maluch nie ma jeszcze imienia. Kto je wymyśli w ramach określonych kryteriów, a jego pomysł przypadnie do gustu właścicielom, wygra weekend w Pałacu. Pan Jasiński nie spodziewał się zbyt wielu odpowiedzi, zwłaszcza, że wymogiem było wysłanie ich tradycyjną pocztą. Był akurat w urzędzie i zarejestrował konia pod imieniem Celma. Jakie było jego zdziwienie, gdy w dziesiątkach, a nawet setkach zaczęły przychodzić listy z Polski i z całego świata. Jeden z nich pochodził od młodej studentki z Wrocławia, której propozycja brzmiała…Celma. Oczywiście ten niezwykły zbieg okoliczności sprawił, że wygrała konkurs. Przyjechała do zamku, ale nie była w stanie wyjechać po weekendzie. Zafascynowana tym miejscem, spędziła w Gołkowicach prawie dwa miesiące, w międzyczasie w okolicy poznając przyszłą miłość.

Siedzimy wieczorem znów przy stole w ciepłej kuchni i słuchamy kolejnych historii związanych z budynkiem. Jest oczywiście legenda o Białej Damie. Ile w niej prawdy? Pan Jasiński i jego syn uśmiechają się tylko w tej sprawie. Każdy zamek musi mieć przecież swoje tajemnice. W Pałacu był kiedyś bioenergoterapeuta, który stwierdził, że raczej żadne złe duchy w nim nie pomieszkują.

Pasja do natury i nastawienie do życia właścicieli zamku sprawia, że chce się tam przebywać oraz do niego wracać. Tak jakby to miejsce i jego historia tak niezwykle pozytywnie oddziaływały na wszystkich, którzy tam się pojawią. To miejsce pełne jest zapachów i dźwięków. To okruchy wspomnień. Wspomnień, które nie są nasze, ale mimo wszystko do nas przemawiają. To chyba ten inny rodzaj pamięci zbiorowej, wspólnej dla wszystkich ludzi. To stała i ponadczasowa tęsknota za ciepłem, śmiechem, naturą i prawdziwym odpoczynkiem. Nie zawsze jest to osiągalne, zwłaszcza dla tych żyjących w dużych miastach. Kilka dni w Gołkowicach, pozwala nam na dołączenie do grona tych wszystkich, którzy od setek lat wynoszą stamtąd piękne wspomnienia. 

8 komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.