Czerwona czapka opowiada,  Maroko

Uparty wielbłąd i tysiąc gwiazd. Czerwona czapka spędza noc na Saharze

Był luty ale słońce paliło tak mocno, że z braku chwilowych perspektyw na cień, właścicielka czerwonej czapki zastanawiała się czy jej nie założyć. Po chwili stwierdziła jednak, że nie chce wzbudzać jeszcze większego zdziwienia gospodarzy.

Po kilkugodzinnym spacerze z oazy do Zagory, gdzie czekali na taksówkę „jak najdalej w głąb pustyni”,  couchsurfer O. i jego wujek, żywo dyskutowali o czymś,  popijając coca-cole. Patrzyli z  niepokojem na M. i właścicielkę czapki, które słaniały się na nogach, wlewając co po chwila w siebie hektolitry wody. Czapka wystawała nieco z plecaka (starając się kontrolować sytuację).

Po kilku godzinach przyjechała obiecana taksówka. Po drodze dowiedzieli się, że zawiezie ich prawie pod  granicę z Algierią. Z braku innych opcji starały się nie martwić tym, że wszelka sieć komórkowa po kilkudziesięciu minutach drogi zaczynała stopniowo zanikać i właściwie nie wiedziały, gdzie dokładnie będą. Oczywiście poza tym, że na Saharze – trzeba jednak przyznać, że jest to dość oględne pojęcie.

Przepełniała je jednak ekscytacja przygodą i obiecanym tysiącem gwiazd, które można zobaczyć ponoć tylko nad przejrzystym, pustynnym niebem.

 

Gdy dojechali do miejsca, w którym droga kończyła się, nawet dla najbardziej wytrawnego  lokalnego kierowcy okazało się, że rodzina O. już tam na nich czeka. Berberzy uśmiechali się do nich z pod swoich chust. Co więcej – obok nich stały też uśmiechające się wielbłądy (a może to była kolejna fatamorgana?)

Zaczyna się ściemniać, trzeba jak najszybciej ruszać w drogę! – oznajmił O. Wyjaśnił zaniepokojonym gościom, że nawet najbardziej doświadczony bywalec Sahary może się na niej zgubić po zmroku. No, to w drogę – ponaglał O. patrząc na dziewczyny wyczekująco.

Skonsternowana czapka, jej właścicielka i M. nie tylko nie wiedziały gdzie mają iść ale nie rozumiały czego się od nich wszyscy oczekują. Okazało się, że one – jako kobiety – miały przywilej udania się na miejsce rozbicia obozowiska na zaszczytnym miejscu między garbami dwóch wielbłądów. Musiały tylko teraz na nie wskoczyć i pojąć w mig sztukę komfortowej przejażdżki na grzbiecie tych jegomości . Właścicielka czapki stała przed przydzielonym jej kompanem starając się odwzajemniać widziany wcześniej uśmiech, który teraz zdawał jej się dziwnym grymasem.

No już, musimy iść! – ponaglał zniecierpliwiony O. Do dziś nie wiedzą jak ale udało im się w miarę zgrabnie dosiąść wielbłądów i ruszyć przed siebie. Okazało się, że nawet najbardziej wprawiony zwierzak  nie sunie jednak po nierównej powierzchni pustyni jak po tafli lodu. Nogi wielbłądów co chwilę zapadały się i wznosiły, powodując zaniepokojone odgłosy właścicielki czapki i M.

Fot. Michel Schettert

Jeden z nich, zdając się być zniesmaczony tym ewidentnym brakiem obycia stwierdził, że dosyć tego! Po prostu sobie usiadł. Pociągnęło to za sobą jednak ciąg zdarzeń – upadek czapki w głąb pustyni (na szczęście nie za daleko) i zarazem upadek jej właścicielki. Dalszą drogę – udobruchany po wielu namowach wielbłąd  – zgodził się odbyć ale właścicielka czapki zdecydowała się spróbować zdobyć jego aprobatę, idąc tym razem obok niego.

Po przybyciu na miejsce rodzina O. błyskawicznie rozłożyła obozowisko i zabrała się do gotowania tajine. Urzeczone gościnnością gospodarzy poszły rozeznać teren. Piasek był delikatniejszy niż puch a noc – zgodnie z obietnicą – upstrzona tysiącem gwiazd!

 

Pozostało im tylko cieszyć się tą chwilą, tańcząc w rytm muzyki, wyczarowanej za pomocą prowizorycznych instrumentów, i nie mogąc doczekać się wschodu słońca, który miał przynieść pełen widok na bezkres Sahary.

 

2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.