Czerwona czapka blednie czyli o podróży z Marakeszu na Saharę
Czerwona czapka, jej właścicielka i M., pozwoliły sobie na parę dni zapomnienia w kolorach Marakeszu. Poznając coraz lepiej zaułki i ślepe uliczki medyny, zaczęły zauważać że mimo niewątpliwego uroku słynnych miejskich ogrodów i różnorodności targowisk (o wdzięcznej dla polskiego ucha nazwie suk), miasto powoli przytłaczało je swoją komercyjnością.
Postanowiły skorzystać z obecności i doświadczenia wielu podróżników w hostelu Marakesh Rouge. Z grupą chętnych udały się na kolację i nad parującą miską marokańskiej zupy hariry, debatowali o tym gdzie pojechać aby prawdziwie poznać Maroko. Ich towarzysze byli zgodni – góry Atlas i saharyjskie oazy to miejsce gdzie można poznać kraj od podszewki. Pozostało im tylko opracować jak tam dojechać i gdzie się zatrzymać. Z pewną dozą wątpliwości zaczęły przeglądać stronę couchsurfingu. Ku ich zdziwieniu znalazły kogoś kto mógłby je przenocować prawie na samej Saharze. Miejscowość, w której mieszkał nazywała się Zagora i była ostatnim punktem wielu podróżników przed wyprawą w niekończące się piaski Sahary.




Ubrane w wytargowane w suku przewiewne długie spodnie i chusty, których zakup przypieczętowany został trzema szklaneczkami herbaty miętowej ze sprzedawcą, ruszyły w stronę dworca autobusowego. Postanowiły udać się do Zagory transportem publicznym. Autobus miał jechać prawie 10 godzin przez strome góry Atlas ale czy nie o przygodę chodziło? Czerwona czapka lekko zaniepokojona osiadła na głowie właścicielki, wzbudzając zdziwione spojrzenia Marokańczyków czekających razem z nimi na autobus. Marta nic sobie z tego nie robiła. M. i tak wzbudzała największą sensacje – jej praktycznie białe blond włosy i z dnia na dzień coraz bardziej zaróżowiona od słońca skóra, sprawiały że czuła się w Marakeszu niemal jak celebrytka.
Podróż trwała od kilku godzin i kierowca w końcu zdecydował się na przerwę. Dziewczyny i czapka praktycznie wypadły z autobusu, powstrzymując się całymi siłami by nie ucałować ziemi. Kierowca nic sobie nie robił z tego, że droga wiodła przez strome górskie drogi, pełna była niespodziewanych zakrętów, przepaści i wybojów. Jechał z prędkością światła. M. stwierdziła, że Marta jest koloru ściany a i czapka jakoś straciła kolor.
Z każdą kolejną godziną podróży autobus się wyludniał. Na koniec zostały tylko Marta, M. , czapka i dwóch panów. P. i M. pochodzili z Brazylii i okazało się, że też będą spać w Zagorze u tego samego, niezwykłego couchsurfera.
Po przyjeździe na miejsce okazało się, że ich host O. wraz z przyjaciółmi już na nich czekał. Wymęczeni, wysiedli z autobusu, ale okazało się, że to nie koniec ich podróży. Taksówka zabrała ich w ciemną noc przez kolejne kilkadziesiąt kilometrów. Obserwując przez okno niebo upstrzone tysiącem gwiazd, zastanawiały się jak będzie wyglądał ich dom na najbliższe parę dni.
Okazało się, że ich nowy dom zlokalizowany jest na plantacji palm daktylowych, na środku oazy a w dodatku zbudowany jest z piasku. Nie mogąc doczekać się widoku jaki miał ukazać im się następnego dnia, próbowały zasnąć…
Tylko czapka wiedziała, że ich prawdziwa przygoda dopiero miała się zacząć…






